Rainbow Gathering

Rainbow Gathering

with Brak komentarzy

Na pierwszy rzut oka nie ma się czym chwalić. Jak byliśmy młodsi, udaliśmy się kiedyś z Tomkiem (tym samym, który towarzyszył mi w tej wycieczce) na cały dzień do lasu. Zimą. Chcieliśmy od świtu do nocy spędzić dzień w lesie, jedząc kiełbasę z ogniska i pijąc herbatę. Tak, jeszcze wtedy herbatę. Wytrzymaliśmy parę godzin, a i tak przez większość tego czasu słuchaliśmy muzyki z telefonu.

Wyobraźcie sobie teraz kilkaset osób mieszkających w lesie, bez prądu, bez bieżącej wody, bez alkoholu. I tak przez miesiąc. Od nowiu do nowiu. Na jakimś strasznym zadupiu, prawie 10 kilometrów od cywilizacji – to znaczy małej wioski. I to wszystko z własnej woli. Większości z Was nasunęło się pewnie jedno proste pytanie: dlaczego?

Dla ludzi. Tylko i wyłącznie. Bo Rainbow Gathering jest dla ludzi – takich prawdziwych, z krwi i kości, bez dodatków jak zegarek czy telefon komórkowy, w wielu przypadkach nawet bez odzienia. Niektórzy woleliby umrzeć niż wziąć udział w czymś takim. Ja potraktowałem Rainbow jako ciekawe doświadczenie i postanowiłem spróbować dołączyć do Rodziny – chociaż na kilka dni.
P1010776

Welcome, brother!

Wolna miłość w rozumieniu pierwszych dzieci kwiatów chyba już dzisiaj nie istnieje, ale zachowała się w nieco przekształconej formie. Tęczowi ludzie (w znaczeniu Rainbow People, nie chodzi o gejów) określają Rainbow Gathering jako tymczasową społeczność. Nie ma żadnej oficjalnej organizacji, która by to kontrolowała, nie ma człowieka czy grupy ludzi upoważnionych do podejmowania jakichkolwiek decyzji w sprawie tej społeczności. Albo może inaczej: nie ma nikogo, kto byłby upoważniony bardziej od pozostałych.

Gdy pojawiliśmy się na Rainbow, nie mieliśmy żadnego chrztu, nie przechodziliśmy inicjacji, nie składaliśmy przysięgi, nie musieliśmy nawet zapalić fajki pokoju. Wygłoszono nam tylko krótki wykład o posiłkach i robieniu kupy w lesie. O jedzeniu jeszcze opowiem. Kupę przemilczę.

Kiedy tylko ktoś dowiedział się, że to nasze pierwsze Rainbow Gathering, obdarzał nas solidnym uściskiem i niezwykle przyjemnym powitaniem „Welcome, brother!”. Na Rainbow wszyscy są braćmi i siostrami. Nieważne, czy rozmawiasz z osiemdziesięcioletnim dziadkiem, czy z dziewczyną z Brazylii w Twoim wieku. „Wolna miłość” byłaby w tej sytuacji cholernie niezręczna.

Rainbow jest jednak rodziną nie tylko z nazwy. W pewnym momencie ktoś podszedł do mnie z miską pełną jakiejś kakaowej owsianki (takiej prawdziwie kakaowej, z kakaowca) i wyciągnął łyżkę w moją stronę. Głupio było odmówić, więc po prostu zjadłem z łyżki. Pochwaliłem, bo faktycznie było pyszne. A mój nowo poznany brat uśmiechnął się i poszedł nakarmić następną osobę.

Na Rainbow nie pije się alkoholu i nie je mięsa. Ponieważ zostało nam trochę zapasów z drogi, pierwsze co zrobiliśmy po rozbiciu namiotu, poszliśmy do lasu i pozbyliśmy się prowiantu. Jak widać na zdjęciu poniżej. Nie złamaliśmy żadnego prawa. Ludzie na Rainbow są wolni – jeśli chcesz jeść mięso, jedz je! Po prostu nie rób tego przy innych, bo może im to przeszkadzać.
P1010809

W blasku ognia i gwiazd

Jeśli Rainbow uznać za rodzinę, to telewizorem, przed którym wieczorem zasiada cały klan, jest ognisko. Nie jest to bynajmniej jakieś tam „ognisko”, trochę palącego się chrustu – takich można znaleźć sporo wszędzie wokół, pomiędzy namiotami. Main Fire, czyli Główne Ognisko, jest olbrzymie. Płoną w nim wielkie pale, które ktoś gdzieś z boku starannie piłuje i co jakiś czas dorzuca kolejne, wznosząc w niebo snopy iskier.

Przy ognisku, na gołej ziemi, bo trawę już dawno wydeptano, siedzą ludzie. Koniecznie na boso, bo podejście do Głównego Ognia w butach jest traktowane jako brak szacunku. Krąg jest ciasny, bo w chłodną, wrześniową noc wszyscy pchają się jak najbliżej ognia. Jeśli chcesz usiąść, musisz poczekać na swoją kolej. Albo, jeśli jesteś bardzo zmarznięty, zapytać jednej z siedzących osób, czy może ustąpić ci z miejsca. Pewnie się zgodzi – to w końcu Twój brat.

Nie jest to jednak typowa biesiada, jak po zimowym kuligu. Nas do ognia zwabił odgłos bębnów i głośne śpiewy. Piosenki o miłości, o wolności, o pokoju i Matce Ziemi, chociaż zwykle mają ze cztery wersy na krzyż, śpiewane są po dziesięć minut, w kółko, z nieco zmienionym tonem. Jak mantra. Zresztą, mantry też się śpiewa. I wierzcie lub nie, ale to nie jest denerwujące. Słuchając chóru przyjaznych głosów, patrząc to w ogień, to w rozgwieżdżone niebo (bardzo rozgwieżdżone, bo nie przyćmiewane przez światła miast), wpada się w pewnego rodzaju trans.

Czułem, że jestem częścią tego czegoś. Nie wiem, czy zostanę dobrze zrozumiany, ale to było coś w stylu „Kurde, ci ludzie czerpią radość z czegoś tak prostego. Nie potrzebują pieniędzy, kariery, komputera, po prostu są tu i cieszą się sobą. Zupełnie jak ja.” Teksty piosenek łapie się szybko (przynajmniej te po angielsku, bo wiele było też w zupełnie obcych mi językach).

Nie muszę już dodawać, że klimat przy ognisku jest jedyny w swoim rodzaju. Przestrzeń, ogień, gwiazdy, śpiewy, bębny, radość – nic dziwnego, że wiele osób uznało to miejsce za dobre do medytacji. Najlepiej nago, albo przynajmniej topless.

Były też jakieś tańce, okrzyki, ale byliśmy tak zmęczeni po przejściu na piechotę 10 kilometrów z plecakami, że dość wcześnie poszliśmy spać. Impreza przy ognisku trwała jeszcze gdzieś do pierwszej w nocy.

Nie wiesz co ze sobą zrobić? Idź pomóc w kuchni.

Drugiego dnia rano zauważyliśmy ze smutkiem, że jakoś nic się nie dzieje. W pewnym momencie z daleka dobiegł nas okrzyk „Food circle!” – krąg jedzenia. Na Rainbow Gathering jest jedzenie. Nie pytajcie mnie skąd. Co prawda z grzeczności wrzuciłem do magicznej czapki pięćset forintów (jakieś osiem złotych), ale kurde – taka masa żarcia?!

Kuchnia, jak wszystko, znajdowała się na świeżym powietrzu. Wyjątkowo, jak się dowiedziałem, była zadaszona, bo wcześniej w tym samym miejscu odbył się jakiś festiwal psychodeliczny i organizatorzy zbudowali sporo dziwacznych konstrukcji. Pod dachem stała masa skrzynek z owocami warzywami. Naprawdę było tego sporo. Samych śliwek naliczyłem ze cztery wielkie skrzynki, a stanowiły zaledwie ułamek zapasów.

Z drugiej strony było palenisko. W podłużnych dołach w ziemi płonęło drewno, a nad nimi ustawione były olbrzymie garnki, w których Tom, hipis z Londynu, starał się coś upichcić. Nikt mu oczywiście nie kazał – uznał, że się na tym zna, więc się tym zajął. Takie zasady panują na Rainbow: jeśli widzisz, że coś nie zostało zrobione, to to coś czeka właśnie na Ciebie!

Pośrodku kuchni stało kilka złączonych stołów, na których bracia i siostry cierpliwie kroili owoce i warzywa według woli Toma. Dołączyliśmy. Co prawda przyszliśmy jeść, a nie gotować, ale okazało się, że posiłek jest dopiero w powijakach, a my i tak nie mieliśmy nic lepszego do roboty.

Kuchnie obydwaj wspominamy najlepiej. Przy stołach pracowało wspólnie z osiem osób – idealna okazja do rozmowy. Kroiłem warzywka wspólnie z Francuską, Brazylijczykiem, dwoma Polakami mieszkającymi w Londynie, Węgierką, Kolumbijczykiem, parą Polaków z Krakowa oraz mnóstwem innych ludzi, bo rotacja w kuchni była całkiem spora. Z większością z nich naprawdę miałem o czym pogadać – byli podróżnicy, którzy wpadli na Rainbow, żeby chwilę odsapnąć, byli hipisi, dla których Rainbow Gathering było całym życiem i gdy tylko kończył się jeden, jechali na następny (w tej chwili chillują zapewne w Hiszpanii albo na Kanarach), byli autostopowicze i kilka smutnych osób, którym skończyły się fundusze i musieli znów zacząć myśleć o znalezieniu jakiejś pracy.

Praca w kuchni wiązała się też z innymi korzyściami. Nie muszę chyba wspominać, że krojąc śliwki co jakiś czas „przypadkiem” wrzucałem jedną do ust zamiast do miski. Dostaliśmy zupę, a drugiego dnia ktoś co chwilę przynosił nam kawałek świeżo upieczonej ciabatty. Zdarzało się też, że do kuchni wchodził jakiś hipis ze skrętem, częstując wyłącznie tych, którzy akurat pomagali. Czasami był też jakiś muzyk, umilając czas grą na gitarze lub flecie.
P1010812

Wyrodni członkowie rodziny

Rainbow Gathering miał miejsce na ogromnej przestrzeni. Lasy i łąki, otoczone niewysokimi wzgórzami, były idealne do rozbicia namiotu. Albo budowy szałasu. Albo rozciągnięcia plandeki między drzewami – ludzie mieszkali w naprawdę przeróżnych schronieniach. My rozbiliśmy się na skraju polany, żeby widzieć Główne Ognisko i wiedzieć co się dzieje. Bardzo wiele osób mieszkało jednak dużo dalej, pomiędzy drzewami, albo gdzieś na wzgórzu. Jeden namiot widziałem nawet z kilometr od obozowiska, w zupełnym osamotnieniu.

W szczytowym okresie, czyli w czasie pełni księżyca, na World Rainbow Gathering na Węgrzech było ponoć 2500 osób. W tak dużej zbiorowości ludzi nie mogła nie trafić się jakaś czarna owca. Jedną taką mieliśmy okazję spotkać któregoś dnia przy ognisku. Podobno facet był Grekiem, chociaż mi na Greka zupełnie wyglądał. Z masą dredów wyglądał trochę jak Jack Sparrow. Przepraszam – kapitan Jack Sparrow.

Nie wiem, czy się czegoś naćpał, czy po prostu miał zły dzień, ale przez cały wieczór siedział przy samym ogniu z wielką laską. Co jakiś czas pokrzykiwał coś, czasem po angielsku, czasem w innym języku i uderzał laską w płonące drewno, rozrzucając wokół iskry. Gdy ktoś próbował dorzucić drewna, zaparł rękami i nogami, wrzeszcząc, że to jego ogień, i jeśli ktoś chce coś do niego wrzucić, to najpierw będzie musiał wrzucić jego. Podejrzewam, że na każdej innej imprezie szybko znalazłby się ktoś, kto spełniłby jego życzenie, jednak Rainbow jest zgromadzeniem pokojowym. Nie tak rozwiązuje się tu problemy. Jak więc się je rozwiązuje?

Trochę… dziwnie. Najpierw ktoś przy ognisku zakrzyknął „This is my fire!”, po czym zaczął to skandować cały tłum, zakrzykując jakąkolwiek dyskusję. Potem doszło do tego uderzanie w bęben, co też nie jest zbyt relaksujące – nie bez powodu to tego instrumentu używano na wojnach.

W takiej atmosferze wreszcie siłą wyciągnięto nieszczęśnika poza krąg, gdzie kilka czy kilkanaście osób przygwoździło go do ziemi. Ktoś zaczął krzyczeć „Don’t force the healing on him!” – „Nie zmuszajcie go do leczenia!”. Niestety, nie wiem konkretnie, na czym leczenie polegało, bo akurat dopchałem się do ognia i nie chciałem stracić miejscówki, bo było cholernie zimno. Tomek twierdzi jednak, że przez jakiś czas przytrzymano go przy ziemi i pomalowano mu twarz, przy czym pacjent rzucał się i gryzł. Nie mam pojęcia, jak to się skończyło – grunt, że czarna owca do ogniska już nie wróciła.

Food circle! NOW!

Są trzy okrzyki. Najpierw, gdy jedzenie jest prawie skończone, obecni w kuchni krzyczą „Food circle!”. Parę minut później powtarzają zawołanie. A za trzecim razem jest już „Food circle! Now!” i oznacza to, że jest to ostatni moment, żeby wygrzebać z zabałaganionego namiotu swoją miseczkę i przyjść do Głównego Ogniska, gdzie zostanie podane jedzenie. Oczywiście, ktoś w odległym zakątku obozu mógłby nie usłyszeć okrzyku. Dlatego okrzyki przekazywane są dalej przez innych członków rodziny. I tak wieść się rozchodzi.

W olbrzymim kręgu przy ognisku (o wiele liczniejszym, niż ten na wieczornej imprezie – w końcu dają jedzenie!) najpierw jest porcja śpiewów. W moim mniemaniu śpiewy są sztucznie przeciągane po to, by zwiększyć apetyt. Może to i dobrze, bo jedzenie faktycznie przepyszne nie było. Zupy owocowe, warzywne, jakaś owsianka… mi w sumie najbardziej smakowały zwykłe owoce i trochę żałowałem, że większość z nich wylądowała w zupie.

System był prosty. Wszyscy siedzieli w kręgu, a „obsługa” chodziła z wielkim garem wokół, krzycząc na przykład „Owsianka po raz pierwszy!„, co znaczyło, że mogą jeść tylko ci, którzy jeszcze nie jedli. Przy drugim okrążeniu krzyczano „Owsianka po raz drugi!”, a potem „Owsianka dla wszystkich!”, jeśli wciąż sporo jej zostało.

Im gorzej tym lepiej

Takie trochę miałem wrażenie w kwestii mody. I nie chodzi mi o to, że stroje hipisowskie mi się nie podobają. Po raz pierwszy byłem w miejscu, w którym czułem się głupio w dżinsach. Naprawdę – tam bardziej do klimatu pasowali ludzie poowijani w stare koce, tuniki albo nadzy niż „normalni”. Nie nosiłem zegarka, bo było mi wstyd. A jeśli chciałem sprawdzić, czy nie dostałem sms-a, szedłem do namiotu, bo nie będę przecież robił wiochy wyciągając telefon przy innych!

Trochę to dziwne, ale ma dwie olbrzymie zalety. Po pierwsze, faktycznie ludzie rozmawiali ze sobą dużo więcej, gdy nie mogli zabić czasu inaczej. Nikt nigdy rozmawiając z Tobą nie zaczął pisać sms-a – a wiemy przecież, że dzisiaj to już właściwie norma.

Drugą zaletą jest wolność. Te wszystkie dziwne rzeczy, których normalnie nie zrobiłbym we Wrocławiu przy ludziach, tam były zupełnie normalne. Czy to żonglowanie nożem, czy mandarynkami, joga, stanie na rękach, fikołki, medytacja, granie na harmonijce, robienie „sowy” na rękach, taniec, uściskanie nieznanej osoby, krzyknięcie w niebo „Thank you, Sun!” gdy słońce wychodzi zza chmur, budowa szałasu, ganianie się z małymi dziećmi, tarzanie się w błocie czy bieganie nago – wszystko, jeśli nie szkodzi innym, jest tu dozwolone i nikt złego słowa Ci nie powie. Nikt nie uzna, że odbiła Ci szajba. Ba, łatwiej wtedy wtopisz się w tłum. Chociaż w sumie, łączenie biegania nago i ganiania się dziećmi mogłoby zostać źle zrozumiane…

Podobnego rodzaju wolności doświadczyłem nieraz w podróży, gdy już było mi wszystko jedno i łapiąc stopa zaczynałem tańczyć, żeby zwrócić uwagę kierowców (nie umiem tańczyć). Bardzo lubię ten stan i doświadczenie go w zupełnie innej sytuacji było strasznie przyjemne.

Ledwie powąchaliśmy

Rainbow Gathering trwa księżycowy miesiąc – od nowiu do nowiu. W czasie pełni, czyli w połowie, jest wielka impreza i wtedy ponoć Rainbow smakuje najlepiej. My spędziliśmy tam zaledwie dwa dni (pół niedzieli, poniedziałek, pół wtorku), w dodatku trafiliśmy na końcówkę, bo w środę miał być nów księżyca i symboliczne zgaszenie ogniska. Rainbow Gathering ma tyle odcieni co ta tęcza – zależy od kraju, w jakim się odbywa, czasu, pogody, oraz ludzi, jacy biorą w nim udział. Przykładowo Rainbow Gathering w Stanach jest zupełnie inną bajką. W dwa dni zrozumieliśmy jedynie czym to wydarzenie może być. Zanim będę mógł w pełni go doświadczyć, przyjdzie mi jeszcze trochę poczekać.

Przy okazji – zloty Rainbow Gathering odbywają się często, ale światowe zebranie jest tylko raz w roku. Pod koniec zebrania wszyscy chętni siadają w kręgu i ustalają, gdzie odbędzie się następne światowe zebranie. Wybór musi być jednogłośny i dyskusja będzie toczyć się, dopóki taki nie zapadnie. W czasie naszej obecności, zebrani w kręgu ustalili, że następne World Rainbow Gathering odbędzie się w… Egipcie! To dopiero musi być przeżycie!

Michał Karaś
Follow Michał Karaś:

Michał Karaś
Latest posts from

Leave a Reply