Kocioł Bałkański

Kocioł Bałkański

with Brak komentarzy

Próbowałyśmy się tam dostać trzy razy. I w końcu, po dwóch miesiącach spędzonych w Norwegii zdecydowałyśmy, że potrzebujemy zmiany. Więc z dobrze zorganizowanego, wysoko rozwiniętego kraju pomocnych ludzi wyruszyłyśmy w kierunku południowo wschodniej Europy. Bałkany pokazały nam, że wszędzie możemy doświadczyć życzliwości i zakochać się w najmniej spodziewanych miejscach.

Wszystko zaczęło się, jak zawsze. W ogromnej ciężarówce z tureckim kierowcą, winogronami z Izmiru, w niemal śródziemnomorskim klimacie – zachorowałam. Klasyk. Marudzenie na moją słabą odporność nie uchroniło Wioli przed chorobą. Po nocy spędzonej w namiocie też się rozchorowała. Co miało też swoje dobre strony, przedłużyłyśmy pobyt w ulubionym hostelu w Budapeszcie.

Kiedy pierwszy raz odwiedziłyśmy David Hasselhostel świetnie się bawiłyśmy w miejscu pełnym zdjęć ratownika ze Słonecznego Patrolu. Tym razem uczyłyśmy się (nieskutecznie) korzystać z naszego nowego dziecka, kamery GoPro, spotkałyśmy mojego przyjaciela z liceum, który spędzał tam Erasmusa i cieszyłyśmy się ładną pogodą siedząc w parku. Wyjeżdżałyśmy z Budapesztu czując się lepiej i byłyśmy gotowe do zwiedzania Rumunii. Węgrzy po raz kolejny pokazali nam, że dla nich przysłowie „Polak i Węgier, dwa bratanki” ma znaczenie.

BudapesztZbliżając się do granicy, przypominałyśmy sobie o wszystkich rumuńskich kierowcach, którzy ratowali nas tak wiele razy z autostopowej opresji. Tym razem również nie czekałyśmy długo, kilka minut i zatrzymał się pierwszy samochód. Tablica rejestracyjna wskazała, że jedziemy do Rumunii! Chwilę później siedziałyśmy w samochodzie, który miał nas zawieźć prosto do Timisoary. Niestety nie mogłyśmy się porozumieć w żadnym języku, więc rozmowa się nie kleiła, po kilku zdaniach samochód wypełniła niezręczna cisza.

Pierwszą niespodzianką była kontrola graniczna między Węgrami i Rumunią. Pomimo tego, że Rumunia jest członkiem UE, z powodu sprzeciwu niektórych państw członkowskich, nadal nie jest częścią strefy Schengen. Zawsze też myślałyśmy, że to Polska ma nizinny krajobraz i wiele razy słyszałyśmy to od przejeżdżających przez nasz kraj tirowców. Ale północna Rumunia jest zupełnie płaska. Przekroczyłyśmy granicę węgiersko-rumuńską i czas się przesunął, dosłownie, kompletnie zapomniałyśmy, że zmieniamy strefę czasową. Spóźniłyśmy się przez to na spotkanie z naszym hostem, na szczęście nie był zły, ale za to miał dobry powód do śmiechu.

Kiedy dotarliśmy do Timisory kierowca zapytał:

– Gdzie Was zostawić?

– Gdziekolwiek będzie ok!

– Mogę podjechać bliżej centrum miasta.

– Byłoby super!

Wysiadłyśmy z samochodu i zabrałyśmy nasze plecaki.

– Jeszcze raz dziękujemy i do widzenia!

– Musicie zapłacić!

– Ale … jesteśmy autostopowiczami?

– Musicie zapłacić!

– Nie mamy pieniędzy… (rzeczywiście nie miałyśmy gotówki)

Kierowca rzucił jeszcze kilkoma miłymi słowami po rumuńsku, trzasnął drzwiami i odjechał. Byłyśmy trochę zakłopotane, to był pierwszy raz, kiedy ktoś oczekiwał od nas zapłaty za przejazd. Słyszałyśmy, że są kraje, w których autostop jest rodzajem transportu, ale oczywiście nie spodziewałyśmy się tego.

Pewnie przez późny przyjazd i nieprzyjemną rozmowę z pierwszym kierowcą, czułyśmy się nieswojo w Timisoarze. Nawet jeśli było to pierwsze miasto w Europie z oświetleniem ulicznym, tego dnia było ciemne, a w dodatku prawie całe stare miasto remontowano. Miałyśmy pewne problemy z odnalezieniem naszego hosta, ale kiedy w końcu się spotkaliśmy było oczywiste, że jest świetnym facetem, spędziliśmy kilka godzin pijąc lokalne piwo i rozmawiając o sytuacji Rumunii. Po wizycie w Timisoarze czułyśmy niedosyt, ze względu na renowacje nie udało nam się zwiedzić miasta, które zdecydowanie ma potencjał.

2bPo pierwszej, trochę stresującej przygodzie ze stopowaniem w Rumunii, zdecydowałyśmy, że sobie odpuścimy i wydamy po 7 zł na przejazd oldschoolowym pociągiem, który możecie zobaczyć na zdjęciu. Zupełnie normalne w naszym wykonaniu było też spóźnienie się na ten pociąg i czekanie trzech godzin na następny. Wysiadłyśmy kilka kilometrów przed granicą z Serbią i do celu podwiózł nas… strażnik graniczny. Było już dość późno, ale nasza serbska przygoda dopiero się zaczynała.

Serbia od razu okazała się wymarzonym krajem dla autostopowiczów. Kierowca ciężarówki, który zabrał nas jako pierwszy był przekonany, że uda nam dostać się do Belgradu jeszcze tej nocy, więc byłyśmy optymistkami. Bałkańskie piosenki folkowe wprawiły nas w jeszcze lepszy nastrój i jak tylko wysiadłyśmy z tira, chciałyśmy kontynuować stopowanie. Nie dotarłyśmy nawet do dobrej miejscówki, gdy zatrzymał nas pewien mężczyzna. Myślałyśmy, że to nasz przyszły kierowca, ale okazało się, że to ochroniarz miejscowej szkoły, który chciał, żebyśmy zatrzymały się tam na noc. Tak właśnie wylądowałyśmy na spidermanowej kanapie w szkolnej sali, jadłyśmy chrupki orzechowe i oglądałyśmy serbską telewizję. Ochroniarz kończył pracę około 6 rano, więc rozpoczęłyśmy stopowanie wyjątkowo wcześnie. Zjadłyśmy jeszcze na śniadanie świeżo upieczony, tradycyjny „burek” i ruszyłyśmy w stronę stolicy. 3bBelgrad przywitał nas kolejnym wyjątkowym hostelem, ale zupełnie innym niż Hasselhostel. Nawet jeśli jego nazwa brzmi trochę pretensjonalnie, to Star Hostel jest jak prawdziwy dom dla podróżnych. Kiedy skacowany recepcjonista otworzył nam drzwi, od razu wiedziałyśmy, że pobyt w tym małym, ale przytulnym hostelu będzie udany. Nie mogłyśmy się zmusić do wstania z kanapy i pójścia do miasta. Wypicie kawy, prysznic, zabawy z małym kotem i rozmowy z nowo poznanym Amerykaninem przedłużały się w nieskończoność. Gdy wreszcie udało nam się podjąć decyzję o wyjściu z hostelu, recepcjonista nie omieszkał poinformować nas, że pewnie i tak nie uda nam się zbyt wiele zobaczyć. W mieście była organizowana parada równości i prawie wszystkie turystyczne miejsca były zamknięte ze względów bezpieczeństwa. Podobnie jak w Polsce, w Serbii łatwo wtedy o zamieszki. Jednak nie przeszkodziło nam to w szwędaniu się starymi uliczkami. Przeszłyśmy je wzdłuż i wszerz, a kiedy dotarłyśmy do znanej synagogi okazało się, że… jest w remoncie. Podróżując z Wiolą zawsze można się tego spodziewać, ostatnim razem w Rzymie remontowano Koloseum. Zaczynamy się śmiać, że kiedy dotrzemy do Peru to Machu Picchu będzie nieczynne (oby nie!).

Po zjedzeniu dosyć dziwnie wyglądających i smakujących ćevapčići (małe kupy z mięsa mielonego), postanowiłyśmy wrócić do hostelu. Cały wieczór minął na rozmowach z innymi podróżnikami. Spotkałyśmy tam Billy, która aktualnie jedzie rowerem do Indii i Jamesa, który opowiedział nam swoją historię o nauczaniu języka angielskiego w Kirgistanie. W Serbii zdałyśmy sobie sprawę z celu tej podróży, starałyśmy się znaleźć przynajmniej część prawdy o wojnie bałkańskiej konfrontując różne punkty widzenia.

Serbowie byli tak mili, że w zasadzie musiałyśmy uciekać od ich życzliwości. Robiło się późno, więc chciałyśmy szybko złapać stopa w stronę Kosowa. Ruch był niewielki, siedziałyśmy na poboczu i czekałyśmy na jakikolwiek samochód. Zauważyłyśmy zbliżającą się karetkę, więc Wiola, zawsze gotowa do złapania najmniej zwyczajnych pojazdów zaczęła machać kciukiem. I udało się, jechałyśmy prosto do Prisztiny z trzema mieszkańcami Kosowa. W tym momencie zdałyśmy sobie sprawę, że uwielbiamy Kosowo. Stolica najmłodszego kraju w Europie, jeszcze niedawno pochłoniętego przez wojnę, wygląda lepiej niż można to sobie wyobrazić. 5bW stolicy Kosowa wszędzie było widać wpływ kultury amerykańskiej. Ulice i pomniki nazywane są nazwiskami prezydentów – Billa Clintona i Georga Busha. Szczególnie Bill Clinton uważany jest za propagatora niepodległości Kosowa. W rzeczywistości rozwiązania polityczne nie odzwierciedlają potrzeb mieszkańców. Jak uświadomił nam nasz host, student medycyny, większość z mieszkańców czuje się Albańczykami. Nad jego łóżkiem zamiast kosowskiej flagi, wisi ogromna czerwono-czarna flaga Albanii, która po kilku dniach spędzonych w tym kraju nawet dla nas stała się ważnym symbolem.

9abcW Prisztinie spodobała nam się otwartość ludzi, zdolność do rozmowy na trudne tematy. Wszystko to i dobre jedzenie (w dobrej cenie) sprawiło, że nie mogłyśmy wyjechać z tego kraju. Podjęłyśmy nawet próbę wyjazdu do Macedonii, w końcu naszym celem była Grecja, ale skończyło się na kilkugodzinnej przejażdżce do Skopje z trzema poznanymi podczas stopowania raperami. Dzięki temu zmieniłyśmy trasę i nie musiałam juz marudzić Wioli, że nie zobaczę Prizren.

 

 

Iza&Wiola
Follow Iza&Wiola:

Iza&Wiola
Latest posts from

Leave a Reply