Odkrywając nowy kontynent

Odkrywając nowy kontynent

with 1 komentarz

Pierwszego stopa złapałyśmy w jakieś 15 minut. Nigdy później nie czekałyśmy na samochód tak długo. I pomimo wszystkich ostrzeżeń, gdy zatrzymał się dla nas duży bus pracowniczy z 5 facetami w środku, wsiadłyśmy bez wahania. Jeden z nich potrafił nawet powiedzieć parę zdań po angielsku, a inny zadzwonił do znajomego, żeby się z nami dogadać i chyba też trochę pochwalić. Zawieźli nas prosto do Edirne. Kiedy samochód się zatrzymał, wyskoczyłam z Darkiem (plecakiem) na plecach aż zachwiały mi się nogi. Chwilę potem Wioletka wyskoczyła sprawnie z busa, a jeden z mężczyzn wysadził Jurka z poważną miną. I tylko żyłka drgająca na czole zdradzała, że to 15 kilogramów robi na nim jakiekolwiek wrażenie.

Wybrałyśmy pieniądze z bankomatu i weszłyśmy do amerykańsko brzmiącego „Waffle Art” baru w poszukiwaniu Internetu. Przestraszona angielskim kelnerka pobiegła po swojego szefa. Właściciel opowiedział nam o swoich podróżach do Stanów, podczas których zebrał pokaźną kolekcję tablic rejestracyjnych zdobiących teraz ściany lokalu. Wypiłyśmy lemoniadę podaną w moich ulubionych słoiczkach (lepsze widziałam tylko w barze „Enklawa” w Tomaszowie Mazowieckim) i ruszyłyśmy w stronę hostelu „Lemon”. Wieczór spędziłyśmy na rozmowie z dziewczyną z Nowej Zelandii i recepcjonistą, który komunikował się z nami za pomocą Google Translate. Dziewczyna twierdziła, że w ten sam sposób zaproponował jej nawet masaż.

Podjęłyśmy dość kontrowersyjną decyzję, że z Edirne pojedziemy prosto do Bolu omijając Stambuł. Sytuacja w Turcji jest niestabilna i dla własnego spokoju i spokoju rodziców zrezygnowałyśmy ze zwiedzania Stambułu. Przynajmniej mamy teraz dobry powód, żeby wrócić do Turcji. ;) Na wylotówkę dojechałyśmy marszrutką, którą genialnie zatrzymałyśmy przed samym posterunkiem policji… Od razu podszedł do nas rosły policjant z wielkim karabinem przy klatce piersiowej. Wypytał nas o podróż i poprosił jedynie, żebyśmy przeszły jakieś 300 metrów, bo jego szef robi problemy i pożegnał nas szerokim uśmiechem. Ledwo zdążyłyśmy usiąść na plecakach, a zatrzymał się dla nas pusty autobus. Kierowca zapytał nas tylko czy chcemy jechać na dworzec czy stosujemy dalej i wywiózł nas prosto na autostradę… Kilka minut później zobaczyłyśmy białe BMW cofające po nas. Kierowca wysiadł, żeby pomóc nam z plecakami i ku naszej uciesze od razu zapytał czy mówimy po angielsku. Mężczyzna okazał się byłym autostopowiczem „spłacającym” dług wdzięczności. Wiola poczuła się na tyle swobodnie, że od razu rzuciła mu pytanie o nasz wygląd. Od początku zastanawiałyśmy się czy długie spodnie i krótki rękaw są ok. Ale ten nas uspokoił i dodał tylko – lepiej nie noście szortów i będzie dobrze.  Dowiedziałyśmy się też sporo o polityce i prezydencie Turcji, którego nasz kierowca określił sformułowaniem – „on chce być p********* sułtanem!”. Erdogan zasłużył sobie na takie słowa pałacem, który wybudował w Ankarze, mieszczącym 1000 pokoi (sprawdzone info). Kolejny raz wylądowałyśmy na idealnej wylotówce… musiałyśmy tylko przejść przez autostradę. Ruch przy bramkach był mały, więc nie sprawiło nam to wielkich trudności, a nasz kierowca przeniósł nasze plecaki na drugą stronę.

Wtedy nie wiedziałyśmy jeszcze z czym wiąże się nasz pomysł przejechania przez Stambuł. Kilka samochodów zatrzymało się dla nas i pomimo kartki z napisem Bolu, chcieli koniecznie nas zabrać do stolicy. W koncu małą ciężarówką dojechałyśmy przed sam Stambuł i uparcie stałyśmy przed stacją benzynową z kartką na Bolu. Dosłownie 3 minuty później zatrzymało się dla nas stare Renault z uśmiechniętym kierowcą. Omer okazał się być Kurdem wracającym do domu w Ankarze. Załadowanym po brzegi, turkoczącym samochodem ruszyliśmy w dalszą drogę. Szybko nauczyłyśmy naszego kierowcę sformułowania “Let’s go! // Ruszamy!”, które okazało się później dość pomocne przy licznych postojach. Pomimo bariery językowej zaprzyjaźniłyśmy się z Omerem i całą trasę żartowaliśmy. Głównie z kondycji jego auta, systematycznie wyprzedzanego przez osobówki, dostawczaki, tiry i inne strzały. Za każdym razem Omer naśladował głosem dźwięki samochodu, dającego z siebie wszystko. Kiedy w końcu, może dwa razy, udało nam się coś wyprzedzić, wszyscy głośno wiwatowaliśmy. Do Bolu dojechaliśmy późno, więc Kurd nie pozwoliłby nam samodzielnie dotrzeć do hotelu. Po mieście jeździł renówką jak bolidem formuły jeden. W końcu udało nam się znaleźć tani nocleg, a Omer  wynegocjował jeszcze lepszą cenę. Gdy tylko przekonał się, że jesteśmy bezpieczne, odjechał.

meczet - safranbolu
Meczet w Safranbolu, Turcja

Następnego dnia dotarłyśmy do niepodobnego do innych tureckich miejscowości Safranbolu, miasteczka pełnego domów pamiętających czasy Ottomana. Co prawda guesthouse’u podającego się za hostel dla backpackersów nie wspominamy najlepiej, to z Safranbolu zabrałyśmy dobre wspomnienia. Zaraz po tym jak nie udało nam się wejść do meczetu, dyskutowałyśmy na ulicy o dalszych planach. Nagle usłyszałyśmy – Przepraszam, czy Wy mówicie po polsku? Lekki akcent zdradzał, że chłopak jest jednak Turkiem, ale byłyśmy kompletnie zaskoczone. Przez sekundę pomyślałyśmy, że to typowy, natrętny sprzedawca, o których tyle słyszałyśmy (żadnego jeszcze nie spotkałyśmy). Jednak chłopak szybko kontynuował rozmowę – Naprawdę? Jesteście z Polski? Chodźcie, musicie ze mną porozmawiać. Ja muszę sobie przypomnieć polski. Chwilę później piłyśmy kolę z Atahanem, który pochodzi z Safranbolu i pracuje tam w wakacje, ale na co dzień mieszka w Polsce i studiuje anglistykę. Miło było spotkać kogoś z kim można porozmawiać w ojczystym języku, a Atahan naprawdę dobrze zna polski i mimo drobnych pomyłek z odmianie, w zasadzie nie słychać obcego akcentu. Porozmawialiśmy chwilę i nasz nowy znajomy musiał wracać do pracy. Żałowałyśmy, że mamy już zarezerwowany nocleg i powinnyśmy ruszać w dalszą drogę, bo chętnie skorzystałybyśmy z zaproszenia na wycieczkę po okolicy.

safranbolu -kowal
W Turcji wciąż istnieje zapotrzebowanie na produkty wytwarzane przez kowali

Z Safranbolu dojechałyśmy do Kastamonu gdzie doświadczyłyśmy jedynej stresującej sytuacji w całej Turcji (żeby nie stracić czujności). Poprzedni kierowca wysadził nas w średnim miejscu do dalszego łapania, ale do tej pory nie miałyśmy żadnych trudności, więc nonszalancko usiadłyśmy na pasie wyłączony m z ruchu i czekałyśmy na następny przejazd. Nagle pojawiła się wokół nas zgraja 12-latków i chłopak ze złamaną ręką, niewiele starszy od nas. Dzieci pozaczepiały nas trochę, w stylu który lubimy nazywać “młodym Alvaro”, a potem odeszły. Ale chłopak z temblakiem wrócił i próbował nam tłumaczyć, że jesteśmy na złej drodze i on nas zaprowadzi w lepsze miejsce. Początkowo odmówiłyśmy, bo wiedziałyśmy, że to kolejne 2km z ciężkimi plecakami na plecach. Chłopak nie ustępował i chociaż nic nie rozumiałyśmy to poszłyśmy w stronę wylotówki. Sprawdzałam co chwilę nawigację i wszystko byłoby dobrze, gdyby nowy znajomy nie zaczął się dziwnie zachowywać. Poczułam, że próbuje dmuchać mi do ucha, a kiedy położył mi dłoń na biodrze odepchnęłam go lekko plecakiem. Zaczęłyśmy panikować, bo chociaż kilka razy próbowałyśmy go zgubić, to pojawiał się znowu za rogiem. Kiedy podszedł do Wioli i zaczął się przystawiać, kolejny raz oberwał od Darka i wtedy już obie wiedziałyśmy, że czas się jakoś ewakuować. Udało nam się dotrzeć do właściwej drogi i miałam nadzieję, że złapiemy stopa zanim ten do nas podejdzie. Zatrzymał się samochód, próbowałam porozmawiać z kierowcą, który nie znal angielskiego i wtedy w drugim oknie zobaczyłam, że chłopak ze złamaną ręką nas dogonił. Rozmawiał o czymś z naszym kierowcą. To nas jeszcze bardziej zestresowało, nie wiedziałyśmy co się dzieje i o czym tak naprawdę mówią. Zdecydowałyśmy po prostu wsiąść i odjechać chociaż kilometr. Ku naszemu zdziwieniu kiedy zaczęłyśmy wsiadać do samochodu natręt odszedł, ale kierowca wyglądał na zdezorientowanego, więc wysiadłyśmy z nadzieją, że tamten nie zauważy. Niestety wrócił i kiedy złapałyśmy taksówkę, żeby po prostu odjechać, sytuacja się powtórzyła. Nie chciałysmy jednak ciągnąć tego w nieskończoność, pomyślałyśmy, że w taksówce będzie bezpiecznie, po prostu wsiadłyśmy. Kierowca był trochę zdziwiony, kiedy po 3 kilometrach wysiadłyśmy na środku pola, ale uśmiechnął się tylko, a po kilku minutach mialyśmy już nastepnego stopa. Tego dnia udało nam sie dojechać do Corum, z tirowcem i trzema młodymi, sympatycznymi Turkami, którzy trochę uspokoili nasze negatywne myśli po pierwszym incydencie w podróży.

Po noclegu w Corum kierowalyśmy się już na Trabzon skąd mialyśmy udać się do Gruzji. Tym razem złapałyśmy na stopa autobus, który nie do końca wiedział, że jesteśmy autostopowiczkami. Jednak miły opiekun pasażerów załatwił nam u kierowcy darmowy przejazd, po tym jak dowiedział się, że jesteśmy w podróży dookoła świata. Właśnie w tym autobusie opiekowała się nami trójka irackich dzieci.

Turcja dzieci z Iraku
Nasza nowa znajoma z Iraku :)

Do Trabzonu dojechałyśmy ze spokojnym Alim. Chociaż wyglądał dość groźnie, to okazał się przemiłym, ciepłym facetem. Zawiózł nas pod same drzwi hostelu, zostawił swój numer w razie problemów i bardzo się przejął, czy wszystko będzie z nami w porządku. Następnego dnia gdy trochę zwiedziłyśmy Trabzon, chciałyśmy jak najszybciej wyjechać. 150 kilometrów na jednym siedzeniu trochę dało nam w kość, ale do Gruzji było już naprawdę blisko. Na pożegnanie Turcji przejechałyśmy przez miasto Rize, skąd pochodzi prezydent Erdogan. Każdy most i kładka, każda latarnia i każdy większy budynek “zdobi” wizerunek przywódcy na tle tureckiej flagi. Ostatni kierowca podwozi nas do samej granicy, chociaż mieszka 20 km wcześniej.  Wyjeżdżamy z Turcji wiedząc, że jeszcze wrócimy do  tego kraju niezwykle pomocnych i opiekuńczych ludzi.

Iza&Wiola
Follow Iza&Wiola:

Iza&Wiola
Latest posts from

One Response

  1. […] Made My Way – Iza&Wiola przejechały autostopem przez Turcję. Opisały wszystko szczegółowo i udowodniły, że autostop w Turcji nie jest jednak taki straszny jak go malują. Na blogu po trochę o Edirne, Bölü, Safranbolu, Kastamonu, Çorum i Trabzon. […]

Leave a Reply