Gruzińskie toasty

Gruzińskie toasty

with Brak komentarzy

Po tureckiej abstynencji gdy tylko dotarłyśmy do Gruzji i zostałyśmy zaproszone na piwo przez dwóch młodych Gruzinów, nie mogłyśmy sobie odmówić. Dwie godziny później wylądowałyśmy na prawdziwej biesiadzie próbując świeżego chleba, tradycyjnej sałatki z pomidorów i ogórków, pieczarek zapiekanych z serem sulguni, soczystego szaszłyka z grilla kończąc na gruzińskich pierożkach khinkali.

Pieczarki zapiekane z serem sulguni
Pieczarki zapiekane z serem sulguni

Nie polubiłyśmy Batumi udającego Las Vegas, pełnego kasyn i kiczowatych neonów. Kolejny raz nasz dzień uratowało jedzenie. Naszym hostem był chłopak z Odessy, który zabrał nas do ukraińskiej knajpy na barszcz przypominający ten domowy. Do tej pory żałujemy, że nie zamówiłyśmy wielkiego sznycla, podobnego do tego, który jadłyśmy we Lwowie z sosem chrzanowym (polecamy wszystkim restaurację Gazowa Lampa).

Życie codzienne w Batumi
Życie codzienne w Batumi

Złapanie stopa z Batumi zajęło nam jakieś 5 minut i miałyśmy nadzieję szybko dojechać do Tbilisi. Zatrzymało się dla nas dwóch Azerów, którzy jechali prosto do stolicy. Tak bardzo się pomyliłyśmy myśląc, że szybko dojedziemy do celu. Pierwsze wspólne kilometry to postój na colę, stoisko z hamakami przy drodze, kupno innych hamaków przy następnym straganie, moje zdjęcie z krowami wylegującymi się na autostradzie i selfie kierowcy na tle lasu. Po jakiś 100 kilometrach okazało się, że Azerów jest tak naprawdę pięciu i wracają z męskiego wypadu nad Morze Czarne dwoma samochodami. Pomimo tego, że zrobiliśmy jeszcze postój na gotowaną kukurydzę i toaletę ekipa z drugiego samochodu nie zdołała nas dogonić aż do Borjomi, więc  od czasu do czasu musieliśmy na nich czekać. Nagle zobaczyłam, że z wyprzedzającego nas samochodu wystaje machający do nas rękami mężczyzna. Nasz kierowca, Farid, przybił mu piątkę i dodał gazu. Oba samochody zatrzymały się dopiero przy znaku z wielkim napisem „Borjomi”. Jeszcze sporo czasu zajęło nam zrozumienie co to za kultowe miejsce w Gruzji i dlaczego nasi nowi znajomi są tak podekscytowani. Po zrobieniu kilkunastu selfie odjechaliśmy do centrum miasteczka. Na miejscu napełniliśmy kilka butelek wodą i poszliśmy na obiad. Pomimo bariery językowej spędziliśmy czas żartując. Kilka dni później dowiedziałyśmy się, że Borjomi to najlepsze miejsce na randkę. Kiedy stopujesz po Gruzji zawsze zatrzyma się samochód z co najmniej dwójką gentlemanów w środku z pytaniem – Jedziecie do Borjomi?

Ekipa z Azerbejdżanu
Ekipa z Azerbejdżanu

Po nocy spędzonej w hostelu w Tbilisi miałyśmy spotkać naszych hostów. Od kiedy poznałyśmy Serhata i Cenapa, zwanego Jennym, uwielbiamy Turków jeszcze bardziej. Miałyśmy spędzić z nimi tylko jedną noc, ale nasze plany wkrótce miały się zmienić… Tego wieczora pojechaliśmy nad Jezioro Żółwie, ale nasze serca zdobył zadymiony bar “Dive”, ukryty w ciemnej bramie, pełen innych obcokrajowców. Wypiliśmy tam razem kilka piw i długo rozmawialiśmy i żartowaliśmy. Zupełnie nie wiem dlaczego, ale kolejnego dnia miałyśmy zostać u innego hosta i z bólem opuściłyśmy mieszkanie chłopaków. Tej nocy zostałyśmy z naszym pierwszym Gruzińskim hostem Beką. Niestety pomimo licznych entuzjastycznych wiadomości jakie z nim wymieniłam, nie było między nami couchsurfingowej chemii. Albo po prostu tęskniłyśmy za naszymi ulubionymi Turkami. Beka zabrał nas do polskiego baru w Tbilisi “Warszawa”, który wygląda zupełnie jak polska “Pijalnia wódki i piwa”. Tak żałowałyśmy, że nie serwują tam pierogów. Ale dla stęsknionych za Polską mają gzik, nóżki w galarecie i tatara. Po północy dotarliśmy do Gallery Cafe gdzie Beka jest DJem, niestety nie byłyśmy w stanie wytrzymać “undergroundowego techno” i szybko się ewakuowałyśmy. Kiedy obudziłyśmy się rano Beki wciąż nie było w mieszkaniu, a po naszym pokoju krzątała się jego mama. Postanowiłyśmy, że nie zostaniemy na kolejną noc tylko pojedziemy Drogą Wojenną w kierunku Kazbegi.

Iza&Wiola
Follow Iza&Wiola:

Iza&Wiola
Latest posts from

Leave a Reply