Georgia maybe time

Georgia maybe time

with Brak komentarzy

Dni w Tbilisi spędzałyśmy na wycieczkach do ambasady Azerbejdżanu po nasze paszporty (trzy razy bezskutecznie) i pukając do drzwi ambasady Kazachstanu (równie bezskutecznie). Wieczorami siedzieliśmy na balkonie razem z Jennym i żartowaliśmy przy piwie. Naszego oficjalnego hosta Serhata nawet nie było w domu. Rano wyszliśmy z mieszkania bez oficjalnego pożegnania, jakbyśmy wiedzieli, że jeszcze się spotkamy…

W ambasadzie Azerbejdżanu chyba polubili nasze częste odwiedziny, więc kiedy kolejny raz nie udało nam się odebrać paszportu, zdecydowałyśmy, że pojedziemy zobaczyć znany region Gruzji – Swanetię. Wybrałyśmy się jak większość odwiedzających do miejscowości Mestia, która słynie z średniowiecznych, dobrze zachowanych, kamiennych wież obronnych. Wszystkim odwiedzającym możemy polecić restaurację Laila, w której można spróbować głównie różnych rodzajów chleba pieczonego na bieżąco. My urządzilyśmy sobie prawdziwą pszenną fiestę zamawiając kolejno chaczapuri, chvishtari (pieczywo kukurydziane z serem) i tradycyjnie wypiekany na ścianach pieca prosty chleb tonis puri. Tak jak większość turystów siedzących w ogródku zamierzałyśmy wszystko popić tanim gruzińskim piwem. Jednak kelner obsługujący nasz stolik, jak na Gruzina przystało, wbrew protestom poczęstował nas też szklanką czaczy. Jako dumne Polki nie mogłyśmy odmówić, ale kiedy na stole pojawiła się druga i trzecia szklanka, ukradkiem podlałyśmy nimi kwiaty i ewakuowałyśmy się w poszukiwaniu guesthouse’u. Po wizycie w restauracji dziwnie lekko podeszłyśmy pod strome wzgórze i już o 20:00 zasnęłyśmy jak dzieci.
08.31i - Mestia-gotowaJak zawsze plan był taki, żeby wstać “rano”, przespacerować się po Mestii z aparatem i ruszyć na wylotówkę. Wyszło jak zwykle. Stopować zaczęłyśmy około 13:00 w cieniu okropnego, modernistycznego komisariatu policji. Jedyne samochody jakie nas mijały to taksówki i marszrutki. Po około godzinie Wiola podskoczyła podekscytowana na widok samochodu dostawczego przewożącego słodycze. Pamiętała, że podobny zabrał Jolantę z Na lewo od centrum z Batumi aż do Mestii. Kierowca nie mógł odmówić uśmiechniętej od ucha do ucha stopowiczce. Dostawca musiał kilkukrotnie zjechać z drogi głównej, ale dzięki temu mogłyśmy podziwiać błękitne strumienie Swanetii i szóstą najwyższą tamę na świecie zbudowaną na rzece Inguri.
Mestia - drogaRozstaliśmy się o zmierzchu, a do Tbilisi miałyśmy wciąż 230 km, co w tirze, który rozpędzał się do max. 50km/h oznaczało kolejne 5h w samochodzie. Kiedy dotarłyśmy do celu około północy i nie mogłyśmy się skontaktować z Jennym, próbowałyśmy złapać miejskie wifi i znaleźć hostel. Zanim strona się załadowała zatrzymał się przed nami radiowóz. Policjanci wypytywali skąd jesteśmy, gdzie mieszkamy i jak podoba nam się w Gruzji. Wieczór skończyłyśmy w radiowozie, podwiezione przez dwóch funkcjonariuszy pod same drzwi hostelu.

Kiedy odebrałyśmy wizę do Azerbejdzanu i straciłyśmy cierpliwość do ambasady Kazachstanu (zdecydowałyśmy wyrobić ją w Armenii) udało nam się skontaktować z Jennym. Wróciłyśmy do jego mieszkania i dowiedziałyśmy się, że nie odpisał na naszą wiadomość, bo… pogrążył się w smutku i alkoholowej libacji po transferze zawodnika drużyny Galatasaray. Rano wiedziałyśmy, że tym razem żegnamy się po raz ostatni, przynajmniej na jakiś czas. Wyszliśmy z domu i po krótkim uścisku rozeszliśmy się w swoje strony. Bez dramatów i chyba wszyscy z przeświadczeniem, że mamy nowego przyjaciela gdzieś na świecie.

DCIM100GOPRO

Zamknięta granica między Armenią i Azerbejdżanem stała się pretekstem do odwiedzenia kolejnego regionu w Gruzji. Znajomi jednego z naszych kierowców mieli  nas zabrać prosto do Sighnaghi – stolicy gruzińskiego wina. Ucieszyłyśmy się i do końca nie zdawałyśmy sobie sprawy, że wybrali się po prostu na 100-kilometrową przejażdżkę. Dopiero gdy dowieźli nas na miejsce i od razu zawrócili, dotarło do nas co się właśnie stało. Z małego centrum przypominającego bardziej północne Włochy niż Gruzję od razu zgarnął nas taksówkarz, który zaproponował, że pokaże nam nocleg za 10 lari (15zł). W drzwiach tradycyjnego gruzińskiego domu z charakterystycznym błękitnym balkonem przywitała nas żwawa staruszka. W ciągu trzech minut dowiedziała się skąd jesteśmy, gdzie jedziemy, ile mamy lat, czy szukamy mężów albo chociaż chłopaków, bo właśnie wprowadzili się czterej “malczyki”. Zdążyła też zareklamować swoje wino domowej roboty i inne wyroby. Po dwóch tygodniach spędzonych w Armenii tęskniłyśmy za gruzińskim jedzeniem, więc pierwsze o czym pomyslałyśmy to khinkali. Po kolacji wieczór spędziłyśmy na integrowaniu się z czwórką leśników z Niemiec.

Gruzję chciałyśmy pożegnać wizytą w monastyrze świętej Nino, patronki kraju. Wracając złapałyśmy na stopa dwóch młodych Gruzinów, którzy nie pozwolili nam po prostu pojechać na wylotówkę. Tym razem wylądowałyśmy w restauracji z widokiem na Sighnaghi, chaczapuri na talerzu i lampką wina w dłoni. Po wszystkim panowie zawieźli nas prosto na azerską granicę. Dlatego dla nas GMT (Georgia Maybe Time) zawsze będzie się kojarzyć z przedłużającymi się w nieskończoność posiłkami, toastami i pożegnaniami. Nawet na granicy nie mogłyśmy po prostu opuścić Gruzji, bo zmęczony weselnymi obowiązkami strażnik graniczny musiał się zwierzyć turystkom z Polski… “bo z Azerami nie gada!”
09.19c - Signagii-gotowe

Iza&Wiola
Follow Iza&Wiola:

Iza&Wiola
Latest posts from

Leave a Reply