Enjoy Communism

Enjoy Communism

with Brak komentarzy

Przed wyjazdem z Wrocławia zdecydowałyśmy, że koncert będzie dobrym pomysłem na rozpoczęcie rocznej podróży. Trochę nas kusiło, żeby pojechać w przeciwnym kierunku i zahaczyć o Woodstock (wmawiając sobie, że to po drodze na Bałkany), ale wiedziałyśmy, że skończy się to co najmniej tygodniowym przesunięciem startu. Wiola przez przypadek trafiła na informację o zbliżającym się koncercie Glena Hansarda. I tak postanowiłyśmy wyruszyć pierwszego sierpnia i dotrzeć prosto na koncert w Milewsku. Kto z Was nie słyszał muzyki Glena  lub nie widział filmu Once – polecamy nadrobić zaległości.

Zaledwie ośmiotysięczne miasteczko w Czechach zaskoczyło nas sceną zbudowaną przed wejściem do starej świątyni i tłumem ludzi czekających na koncert z butelką franciszkańskiego wina kupionego w małych drzwiczkach klasztoru. Koncerty Glena Hansarda często odbywają się w dużych miastach jak Paryż czy Nowy Jork, jednak nawet w małym Milewsku artysta wyszedł na scenę i dał wzruszający, dwugodzinny występ. Wróciłyśmy do namiotu rozemocjonowane dobrym koncertem, wrażeniami pierwszego dnia w podróży i od razu zasnęłyśmy. Jedyne co zakłóciło sen Wioli (mnie budzą tylko trzęsienia ziemi), były myszy biegające pod naszym namiotem. Jak się okazało rano, całe pole namiotowe było przesiane mysimi norami. Miejscowi Czesi byli dość zdziwieni naszą obecnością w Milewsku i za każdym razem gdy przychodzilyśmy do baru na campingu o chwytliwej nazwie “Demon” wzbudzałyśmy spore zainteresowanie. Dzięki temu spokojnie mogłyśmy naładować tam telefony, zostawić część bagażu albo zapłacić za posiłek nawet najdrobniejszymi monetami Euro.

1.08e - Milevsko22
2 Euro za posiłek niespodziankę :)

Następnego dnia udało nam się przejechać od Milewska przez Brno, Bratysławę i Budapeszt aż do węgierskiego Szegedu. Kierowcą, który zdobył nasze serce tego dnia okazał się być młody Egipcjanin, na co dzień mieszkający w Bratysławie. Tak przejął się naszą podróżą i zbliżającym się mrokiem, że zaproponował zatrzymanie samochodu, który zabierze nas do Budapesztu. Nie miałyśmy czasu na zastanowienie się jak zamierza to zrobić na autostradzie, a już po chwili zobaczyłyśmy go migającego światłami do auta z węgierskimi blachami. Mężczyźni siedzący w samochodzie wyglądali na przerażonych, kiedy nasz długobrody kierowca o śniadej cerze otworzył okno i zaczął pokrzykiwać coś w ich kierunku. Na szczęście szybko stwierdził, że dalsze próby nie mają sensu, bo Węgrzy wyglądają na dość przestraszonych jego widokiem.

Chociaż stacja benzynowa w okolicy Szegedu przywitała nas burzą i opadami deszczu to tablica rejestracyjna zauważona o poranku, bardzo podobna do naszej ulubionej MMW42, zapowiadała udany dzień. Po chwili byłyśmy już po serbskiej stronie granicy, a inny Polak łapiący w stronę Nowego Sadu nie dowierzał, że uda nam się zatrzymać samochód prosto do Belgradu. Kilka minut po tym jak odjechał, zmierzałyśmy z sympatycznym Franuzem w kierunku stolicy. Wtedy jeszcze nie wiedziałyśmy, że będziemy podróżować razem z nim przez najbliższe cztery dni.

W czasie typowej autostopowej rozmowy okazało się, że Jeremy też chce się zatrzymać w Belgradzie i szuka noclegu. Tym sposobem złapałyśmy stopa pod same drzwi jednego z naszych ulubionych miejsc – Star Hostelu. Wieczór spędziliśmy na integracji z innymi gośćmi hostelu i spożywaniu serbskich trunków.

Następnego dnia dojechałyśmy z Jeremym aż do Sofii, gdzie miał nas przenocować Kajt, który jest na tyle gościnny, że przyjął nie tylko mnie i Wiolę, ale także naszego kierowcę. Później okazało się, że tymczasowo mieszka z nim także inny znajomy z Wrocławia, więc codziennie miałyśmy zapewnione towarzystwo. Chłopaki wciąż powtarzali, że Bułgaria jest raczej średnia, ale wieczorny spacer ulicami Sofii był całkiem przyjemny. Temperatura spadła do dwudziestu kilku stopni, Kajt opowiedział nam sporo o historii miasta i zabrał do ciekawego baru, na pierwszy rzut oka przypominającego lwowską “Kryjówkę”. Długo pukaliśmy zanim barmanka otworzyła drzwi do Hambary. W ciemnym pomieszczeniu przypominającym szopę, oświetlonym tylko świecami, nawet w poniedziałek prawie wszystkie stoliki były zajęte. Chociaż wnętrze jest w bułgarskim stylu niedokończone, a na antresoli grozi śmiercią podłużna wyrwa w podłodze, to na pewno warto odwiedzić to klimatyczne miejsce.

Drugiego dnia w Sofii Tomek chciał zabrać nas w góry, na szczęście pogoda nie dopisała i oprowadził nas po mieście. Pokazał nam miejsce gdzie można kupić świeżo robione soki owocowe, w zasadzie wszystkich smaków. Nic nie mogło nam tak poprawić humoru w gorący dzień jak kubek zimnego napoju. Wieczorem wróciliśmy do mieszkania i spędziliśmy czas słuchając najgorszej muzyki jaką można znaleźć w Internecie (mamy specjalną playlistę) na zmianę z radosnymi piosenkami granymi przez Jeremiego na akordeonie.

Sklepy z sokami owocowymi – Sofia, Bułgaria

Po przejechaniu stu ostatnich kilometrów z Jeremym trudno było się pożegnać. Ale nasz Francuz wybierał się na festiwal folkowy w małej miejscowości koło Sofii, a my w kierunku Gabrowa, gdzie chciałyśmy zobaczyć imponujący budynek komunistycznej partii Bułgarii (Buzludzha).

Miałyśmy nadzieję, że do budynku oddalonego od Gabrowa o 20 km uda nam się dostopować. Pierwszy etap trasy był dość prosty i szybko złapałyśmy samochód na sam początek szlaku. Nawigacja pokazywała, ze zostało nam 12 km marszu pod górę, na zupełnie pustej drodze. Bylam sceptycznie nastawiona do pomysłu wejścia na górę o godzinie 16:00, ale Wiola była tak zawzięta, że w ostatecznści ruszyłysmy w kierunku szczytu. Na szczęście szlak okazał się być przystosowany do naszych umiejętności i cała trasa była asfaltowa. Po drodze udało nam się zatrzymać małą ciężarówkę na jakieś 2 kilometry, Gdy dotarłysmy do gigantycznego sowieckiego gmachu, wiedzialyśmy, że było warto. Budynek partii komunistycznej Bułgarii robił niesamowite wrażenie. Warto było maszerować pod górę, żeby to zobaczyć. Schodząc ze wzgórza doliczyłyśmy się, że nasza nawigacja nie do końca zna górskie szlaki i koniec końców przeszłyśmy “tylko” 6 kilometrów w każdą stronę.

Gdy następnego dnia dotarłyśmy na bułgarsko-turecką granicę poczułyśmy lekki niepokój. Wszyscy ostrzegali nas przed natarczywymi Turkami i chociaż chciałyśmy same się o tym przekonać, to zaczęłyśmy uważać na siebie bardziej niż zwykle. Granicę przeszłyśmy bez żadnych problemów, a sympatyczni strażnicy dopytywali tylko gdzie się wybieramy. Stanęłyśmy z kartką na Edirne tuż przy bramkach i czekałyśmy na pierwszego stopa. Po drugiej stronie ulicy zobaczyłyśmy dwie machające do nas autostopowiczki wracające do Bułgarii i pomyślałyśmy – “przeżyły”.

Buzludzha – Grabovo, Bułgaria
Iza&Wiola
Follow Iza&Wiola:

Iza&Wiola
Latest posts from

Leave a Reply